Blog > Komentarze do wpisu
Słowa klucze cz. I
Tolerancja, miłość, inteligencja, dobro, zło i wiele innych które akurat nie przychodzą mi teraz do głowy. Wszystkie mają spory i rozmyty zakres znaczeniowy. Dwójka ludzi używająca któregoś z nich, może mieć zupełnie co innego na myśli. Mnie, ostatnio dało się we znaki najgorsze ze wszystkich.

"Romantyczna" w zestawieniu z "kolacja" zabrzmiało jak wyrok śmierci. Tak, Ona po raz kolejny wrzuciła spory kamień w moje spokojne bajorko codzienności. Akurat spędzaliśmy upojny tydzień u Niej. Tylko my dwoje, obowiązki odsunięte bardzo daleko, poza krawędź łóżka, pokoju, mieszkania. Dowodziłem swojej męskości, zdobywając dla nas pożywienie a Ona dbała o domowe ognisko (elektryczne, czy też na gaz. Aż do pamiętnej kolacji nie do końca orientowałem się co je zasila).

Nie jest tak, że nigdy nie gotowałem. Pojmuje ideę, mam nawet pewne osiągnięcia praktyczne. Zresztą, nie to było problemem. No w każdym razie nie największym, bo samotne stanie naprzeciw surowych piersi z kurczaka, przypominających coś pomiędzy płodem a sromem do najprzyjemniejszych nie należało. Srom jest spoko i płody są spoko, ale oddzielnie - dlatego też nie mam zamiaru być przy Jej ewentualnym porodzie. Ale wracając do tematu.

"Romantyczność". Ech. Kwiaty, kąpiele ze świecami, uroczyste stroje. Najlepiej jeszcze odpowiednia muzyka i pieprzone kadzidełko "drzewo sandałowe". Wszystko by stworzyć ten niepowtarzalny klimat, by zapylić powietrze miłością. Takim rozumieniem tego słowa dysponowałem przed "wieczorem zero". I nie mogę powiedzieć, że byłem zachwycony. Jak ktoś śmie wymagać ode mnie takiej kupy bzdur? Dlaczego właśnie Ona? Wie przecież, że nie odmówię. Przebiegła suka.

W tej atmosferze gniewu i poczucia bezsilności, upłynęły przygotowania do magicznej chwili. Ona siedziała w wannie, czytając. Wybiła mi tym samym opcje, wymoczenia jej albo nas w otoczeniu płonących łojówek. Ściana nośna przedpokoju, nie przyjęła dobrze próby przybicia do niej prześcieradła, mającego pełnić funkcję zasłony przed codziennością. Zrezygnowany poszedłem do salonu. Czas się kończył, w brzuchu burczało. Jedyne co zrobiłem to omotałem czymś krzesła i zdjąłem obrus ze stołu, stawiając na środku trzy znalezione szybko świeczki. W końcu miałem jeszcze masę roboty. Surowe mięcho nie przekształci się samo w ponętne i lekkie danie młodych kochanków. Pomijając problemy techniczne w kuchni (np. brak tłuczka, które obszedłem z gracją godną Jamie Oliver'a, w tym konkretnym wypadku stosując młotek otoczony szczelnie folią) samo gotowanie było nawet przyjemne. Ale nie jest to blog kulinarny więc pominiemy przepis na "Kurczaka na twardo" i "Grzyby mung - odmiana aromat konia".

Samą kolacje i jej następstwa opiszę w następnej notce. 

sobota, 07 maja 2011, turpi

Polecane wpisy